Recenzja

Wacki: Kosmiczna Rozgrywka – recenzja

Wacki

Dzieci wróciły do szkół, studenci przygotowują się do wrześniowych kampanii, reszta poszła do pracy. W takich chwilach warto sięgnąć do wspomnień o wakacyjnej przygodzie. Jedną z nich może być ta opowiedziana w grze Wacki: Kosmiczna Rozgrywka.

Gra studia Seven Stars Multimedia uchodzi dziś za przygodówkowy klasyk. Twórcy naprawdę dobrej jak na swoje czasy produkcji Kajko i Kokosz w lipcu 1998 roku zafundowali nam jedną z najbardziej zwariowanych przygód w historii polskich gier wideo. Wacki: kosmiczna rozgrywka to, jak zostaje nazwana na początku, „komedia przygodowa” według pomysłu Jarosława Łojewskiego. W praktyce zaś zwariowana, rysowana przygodówka typu point’n’click w wymiarze 2D.

Od samego początku czuć w niej narastający z każdą chwilą absurd. Wszystko zaczyna się od naprawdę długiego intro, w którym poznajemy tytułowe „wacki”, czyli Franca (ten wysoki w okularach) i EB-ka (naturalnie ten drugi, z czupryną à laSlash). Już same ksywki wydają się nawiązaniem do kolorowej rzeczywistości lat 90. ubiegłego wieku. Franc ewidentnie przywołuje na myśl bohatera Psów Władysława Pasikowskiego, a EB-ek to po prostu jeden z wielu fanów piwa EB, które szturmem podbiło serca polskich miłośników piwa. Ten ostatni ma też na plecach jeansowej kurtki wielką naszywkę „Krajator”, która przywodzi na myśl popularny w tamtych czasach niemiecki zespół Kreator.

Franc i EB-ek na pozór przypominają typowych nastolatków, dość szybko okazuje się jednak, że wakacje zastały ich w nieciekawej sytuacji. Zamiast leżeć na wymarzonej plaży w Sopocie, siedzą na warszawskim blokowisku, ponieważ w trakcie jednej z podróży maluchem (tak, to zdecydowanie najlepszy środek lokomocji!) złapali gumę i, zamiast z powrotem do Warszawy (gdzie na co dzień mieszkają), kazali pomocy drogowej holować samochód do… Gliwic. Dzięki tak „dobrej” orientacji w terenie Franc i EB-ek stracili wszystkie pieniądze na wakacje, mają zepsuty samochód, a ich rodzice są na nich wściekli. Właśnie wtedy odwiedza ich Aargh, sympatyczny kosmita ciągle mówiący „przepraszam”.

Przybysz mocno odbiega od stereotypowego wizerunku obcych, serwowanego w tamtym czasie np. przez serial Z archiwum X. Niby też zielony, ale gruby i z jednym okiem. Jest przy tym na tyle zdesperowany, że prosi bohaterów o pomoc. W stronę jego planety leci ogromny meteoryt, który można zniszczyć jedynie za pomocą Atomowego Czasoprzestrzennego Modyfikatora Energii (ACME, jak fabryka w kreskówkach Looney Tunes). Niestety, rzecz została skradziona przez kosmicznych terrorystów i trafiła na Ziemię, gdzie roztrzaskała się na drobne kawałki. Zadaniem EB-ka i Franca jest ich odnalezienie. W ten sposób nasi „herosi” będą mogli ocalić również Ziemię, w niewytłumaczalny sposób sprzężoną z planetą przybysza – Xymeną. Jeśli w tą uderzy meteoryt, Ziemia także przestanie istnieć.

Tak właśnie zaczyna się nietuzinkowa przygoda, wcale nie tak łatwa, jak mogłoby się wydawać. Na początku możemy podziwiać warszawskie blokowisko z całym jego kolorytem. Widzimy więc męża goniącego żonę z siekierą, kiosk BEZRUCH, piaskownicę z agresywnymi dziećmi, babcię robiącą na drutach gigantyczną skarpetę, latającą czarownicę (przypominającą babcię Alicji z dobranocki o Muminkach) i lokalnych pijaczków. Pojawia się też osiedlowy skin. A to wszystko na tle odrapanych bloków i wokół zdewastowanych ławek.

Oprócz warszawskiego osiedla, EB-ek i Franc trafiają także m.in. do afrykańskiej wioski ludożerców i amerykańskiej bazy wojskowej. We wszystkich odwiedzanych przez bohaterów miejscach pojawiają się stereotypowe postaci. W bazie wojskowej jest to np. czarnoskóry strażnik z ogromnymi wargami oraz recepcjonistka, której bliżej do Pameli Anderson aniżeli do pani kapral. W każdej lokalizacji bohaterowie szukają części ACME, rozwiązując przy tym różne łamigłówki. I właśnie one powodują stanowią spory problem, ponieważ często są niejasne, począwszy od osiedlowych zagadek np. „w jaki sposób odpalić malucha, by móc nim podróżować”, a kończąc na bardziej skomplikowanych, jak ucieczka z Afryki. Do działania potrzebne są bohaterom różne przedmioty, które bardzo trudno znaleźć albo pozyskać. Z czasem można się jednak w tym wszystkim połapać. Najbardziej irytujący i utrudniający rozgrywkę okazuje się jednak fakt, że mamy trzy próby na wykonywanie określonych czynności. Jeśli każda z nich zakończy się niepowodzeniem, tracimy przedmiot potrzebny w dalszej części gry, a wraz z nim jedną trzecią życia. Jeśli podobna sytuacja powtórzy się trzykrotnie, musimy zaczynać od początku. To powoduje, że bez regularnego zapisywania gra okazuje się bardzo denerwująca.

Podobnie działo się w sytuacjach, gdy naprawdę ciężko było wpaść na rozwiązanie problemu. W wielu przypadkach naprawdę przydatny byłby system podpowiedzi. Mimo iż Wacki: kosmiczna rozgrywka to gra dość krótka, czasami trzeba było długich godzin, żeby wpaść na właściwe rozwiązanie – nieraz bardzo abstrakcyjne.

Przygody Franca i EB-eka to nie tylko nieco zwariowana przygoda, ale także gra, której wyraźnie paru rzeczy brakuje. Chwilami można było doczepić się do niektórych elementów graficznych, choć z pewnością znajdą się tacy, którym komiksowa estetyka w stylu Tytusa, Romka i Atomka odpowiada. Prawdopodobnie każdy przyzna jednak, że w produkcji Seven Stars najbardziej brakuje dialogów. Bohaterowie rozmawiają ze sobą jedynie w trakcie filmowych przerywników (dzięki temu dowiadujemy się, który z nich jest „zaspanym ćwokiem”), a gracz co jakiś czas słyszy hasła w stylu „I tak ma być, człowieku” (Franc) czy „No jasne, tak!” (EB-ek). Problem w tym, że nie mogą rozmawiać z żadną postacią w grze. W przygotówce to duży minus, zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę problematyczne sekwencje łamigłówek, w rozwiązywaniu których mogliby też w jakimś stopniu pomóc inni bohaterzy.

Na szczególną uwagę zasługuje jeszcze niewiarygodnie długie outro, w którym nasi protagoniści ratują wszechświat, a w nagrodę lądują na plaży w wymarzonym Sopocie. Całość prezentuje się bardzo ciekawie, a przede wszystkim zabawnie, bo właśnie humor jest motorem napędowym Wacków…. I choć dziś produkcja stanowi raczej głównie okazję do wspominania Polski po ustrojowej transformacji, nadal jest niezwykle grywalna. Smaczku dodaje jej nienudzący się rockowy soundtrack, który nie irytuje nawet przy wielokrotnych ekranach ładowania.

Więcej w Recenzja
Dying Light
Dying Light – recenzja

O najnowszej grze studia Techland, w której po raz kolejny pojawił się motyw zombie apokalipsy, w branżowych mediach pisze się...

Zamknij