Recenzja

Shadow Warrior – recenzja

Shadow Warrior

Premiera Shadow Warriora 2, nowej strzelanki wyprodukowanej przez polskie studio Flying Wild Hog, zbliża się wielkimi krokami, dlatego warto jeszcze raz przyjrzeć się temu, co sprawiło, że pierwsza część serii odniosła tak duży sukces na rynku, przebijając się do grupy tytułów AAA.

Nostalgia jest bez wątpienia silnym bodźcem napędzającym sprzedaż gier wideo, a chyba nie ma nic lepszego niż przedstawienie prawie 20-letniego klasyka we współczesnej oprawie, udostępniając go dla nowego pokolenia graczy. Chociaż oryginalny Shadow Warrior nie wpisał się do historii gier wideo jako tytuł przełomowy, to bez wątpienia podbił serca wielu graczy, którzy po dziś dzień mile wspominają strzelanie do demonicznych hord i siekanie kataną kolejnych rozpikselowanych przeciwników. Lekkomyślne wskrzeszanie starych tytułów może jednak być ryzykowne. Najlepszym tego przykładem jest nieszczęsny Duke Nukem: Forever, który okazał się klapą nawet pomimo kultu, jakim wielu graczy otacza Księcia Zniszczenia. Flying Wild Hog wykorzystało jednak swoją szansę i jeszcze raz porwało fanów serii na szaloną, naszpikowaną niewybrednym humorem przejażdżkę z Lo Wangiem po świecie inspirowanym azjatycką mitologią.

Spośród innych strzelanek Shadow Warriora wyróżnia przede wszystkim swobodny eklektyzm, który ujawnia się zarówno na poziomie fabularnym, jak i poziomie rozgrywki. Już od pierwszych minut gry widzimy starcie dwóch diametralnie różnych stylistyk: z jednej strony mamy klimat filmów Quentina Tarantino, tony easter eggów, czarny humor i postać Lo Wanga, który nie szczędzi graczowi swoich niezbyt wyrafinowanych komentarzy; z drugiej strony natomiast jest fabuła, której główna oś osadzona jest w odwiecznym konflikcie pomiędzy nieśmiertelnymi istotami i która nie stroni od motywów takich jak miłość, zdrada i poświęcenie.

Podobnie jest w przypadku mechaniki rozgrywki. Shadow Warrior zręcznie łączy elementy znane z klasycznych strzelanek z lat 90. z bardziej casualowymi rozwiązaniami dostosowanymi do dzisiejszych standardów gier. Dzięki temu starzy wyjadacze mogą poczuć się jak w domu, a nowi gracze nie są zmuszeni do znoszenia anachronizmów. Dobrym przykładem na to jest blokowanie dostępu do pewnych miejsc na mapie za pomocą kolorowych pieczęci. Żeby przejść do nowego obszaru gracz musi odszukać i zniszczyć kapliczki odpowiadające właściwej barwie. Każdy, kto miał choćby przelotną styczność z oryginalnym Shadow Warriorem, od razu dostrzeże nawiązanie do powszechnych w grach z tego okresu łamigłówek z kolorowymi kluczami.

Shadow Warrior
Lo Wang zjada płatnych zabójców z Yakuzy na śniadanie.

Nad samą rozgrywką warto zatrzymać się nieco dłużej, ponieważ twórcy gry zaimplementowali kilka ciekawych rozwiązań, dzięki którym walka w Shadow Warrior przestaje być prostu kolejną wymianą ołowiu i zmienia się w morderczy balet z kataną. Na pierwszy rzut oka gra wydaje się niewiele różnić od typowych zręcznościowych strzelanek, w których przebijamy się przez fale przeciwników, korzystając czy to z broni palnej, czy broni białej. Początkowo repertuar umiejętności naszego bohatera jest dosyć ograniczony, a nasze zaangażowanie w walkę sprowadza się do pytania „Strzelić do niego czy chlasnąć go kataną?”.

Prawdziwa zabawa zaczyna się, kiedy Lo Wang sprzymierza się z demonicznym Hojim, zyskując dostęp do nadludzkich umiejętności i kilku specjalnych ciosów kataną (z odpowiednio klimatycznymi nazwami, jak chociażby Skrzydło Żurawia – zamaszyste cięcie kataną, które posyła w stronę przeciwników ostrą jak brzytwa falę energii Chi). Samo korzystanie z umiejętności specjalnych zostało sprytnie rozwiązane pod kątem sterowania. Żeby pomieścić 8 umiejętności specjalnych na padzie, każda z nich przypisana została pod kombinację jednego z dwóch strzelaków i szybkiego poruszenia dwukrotnie gałką ruchu w jednym z czterech kierunków. Jeden ze strzelaków odpowiada tylko za umiejętności defensywne, drugi natomiast – za ofensywne. Tym sposobem sterowanie w bardzo intuicyjny sposób zachęca gracza do wymachiwania kataną i łączenia ciosów w łańcuchy kolejnych morderczych kombinacji. Ponadto za każde spektakularne rozprawienie się z przeciwnikiem gra nagradza nas dodatkowymi punktami doświadczenia (podobnie jak w Bulletstormie). Dynamiki każdemu starciu dodaje także możliwość wykonywania kilku szybkich uników pod rząd, dzięki którym Lo Wang może uskoczyć przed zbliżającym pociskiem lub błyskawicznie skrócić dystans.

Paradoksalnie walka kataną jest wręcz zbyt dobra: praktycznie z każdym przeciwnikiem, na każdym dystansie skutecznie rozprawimy się walcząc wręcz. Możemy zatem zastanawiać się, po co w ogóle sięgać po strzelbę czy uzi, zwłaszcza że na wcześniejszych etapach gry ich siła rażenia wypada dosyć słabo w porównaniu do katany. Broń palna zaczyna wracać do łask dopiero kiedy zyskujemy dostęp do najpotężniejszego arsenału, jak np. wyrzutnia rakiet, a przeciwnicy szturmują nas całymi hordami. Problem braku równowagi pomiędzy walką kataną a strzelaniem uwidacznia się także w systemie rozwoju postaci. Za punkty doświadczenia (nazywane w grze karmą) gracz może wykupować nowe umiejętności dla Lo Wanga. Brakuje jednak umiejętności czy cech nastawionych stricte na doskonalenie władania bronią palną. Nasz bohater nie ma też możliwości opanowania jakichkolwiek ataków specjalnych z wykorzystaniem broni innej niż katana. W grze istnieje co prawda możliwość upgrade’owania posiadanego wyposażenia za pieniądze, które znajdujemy we wszelkiego rodzaju pudłach i skrzyniach. Wszystkie udoskonalenia przekładają się jednak głównie na zwiększanie zdawanych obrażeń. Twórcy gry najwyraźniej również zdawali sobie sprawę z tej dysproporcji, dlatego niektórzy przeciwnicy są zdecydowanie trudniejsi do pokonania w walce wręcz (jak np. władcy demonów albo berserkerzy, którzy pojawiają się jako minibossowie).

Shadow Warrior
Jedno z trzech drzewek rozwoju. Moce leczące i defensywne możemy udoskonalać za pomocą kryształów Chi, które znajdziemy na każdej mapie, natomiast moce ofensywne za pomocą punktów doświadczenia (karmy).

Pod kątem rozgrywki warto także zwrócić uwagę także na specjalne walki z bossami, które przerywają rutynę zabijania demonów i zmuszają nas do rozwiązywania prostych łamigłówek lub strzelania na zasadzie „wielkiego czerwonego słabego punktu”.

Podsumowując, Shadow Warrior to solidna dawka kilkunastu godzin intensywnej rozgrywki. Tytuł ten ma kilka drobnych niedociągnięć, w szczególności w przypadku strzelania z broni palnej, ale wyjątkowo dobry system walki kataną to rekompensuje. Jeżeli jeszcze nie mieliście okazji wcielić się w nowego Lo Wanga i jesteście fanami lekkiej rozrywki, nie możecie pominąć Shadow Warriora. Zwłaszcza że premiera drugiej części zaplanowana jest na rok 2016.

Więcej w Recenzja
Sołtys – recenzja

Historia polskiego gamedevu potrafi być zaskakująca. Na przykład wtedy, kiedy na język gier przełożone zostają dowcipy o Wąchocku czy Porażu....

Zamknij