Felieton

Kiedyś gry były lepsze… Nostalgia jako sposób nabierania graczy

nostalgia-heading

Remaster Heroes of Might and Magic, premiera trzeciej Syberii, urodzinowe wydanie przygód Lary Croft i pixelartowy Beat Cop… Pozornie tytuły te nie mają ze sobą wiele wspólnego. Łączy je jednak więcej, niż mogłoby się wydawać.

Pośród najrozmaitszych produkcji ostatnich lat można zauważyć kilka wspólnych tendencji. Pierwszą jest masowy powrót starych, kultowych już produkcji. Dostajemy liczne wydania rocznicowe, odświeżone edycje dużych tytułów, wznowienia serii lub długo wyczekiwane kontynuacje naszych ukochanych gier. Ponadto na rynku pojawia się coraz więcej nowych gier, które swoją stylistyką przypominają produkcje z ery 8- lub 16-bitowej. Chętnie po nie sięgamy, gdyż bardzo często nawiązują one do naszego dzieciństwa czy młodości, kiedy spędzaliśmy godziny przez Amigą, Atari czy innym sprzętem, jaki dziś zaliczamy do kategorii retro.

Jednocześnie równie często okazuje się, że wspomnienia dawnych lat zostają przez twórców zdeptane, zmieszane z błotem, my zaś pozostajemy z ogromnym poczuciem rozczarowania. Dlaczego pojawia się coraz więcej tego typu produkcji i czemu wciąż wyczekujemy kolejnych wznowień czy remasterów? Słowem-kluczem okazuje się „nostalgia”.

Skąd wzięła się nostalgia?

Termin ten został zaproponowany w 1678 roku przez szwajcarskiego lekarza Johannesa Hofera na określenie pewnej tajemniczej choroby umysłowej. Głównymi objawami wśród badanych przez niego żołnierzy były utrata apetytu, marazm, zobojętnienie, utrata kontaktu z rzeczywistością. Przyczyną wszystkich objawów była tęsknota za domem. W romantyzmie nostalgia przestała już być bolączką zblazowanych żołnierzy i stała się modą. Poeci czy przedstawiciele innych dziedzin sztuki z umiłowaniem wznieśli na piedestał antyk, który pozostawał jednocześnie blisko i daleko. Blisko, bo wiedzieliśmy o nim wiele, daleko ze względu na odległość czasową i brak możliwości powrotu. Współcześnie to właśnie taka nostalgia opanowuje różne segmenty rynku popkultury. Można powiedzieć, że dziś chorują na nią już wszyscy.

Żołnierz śni o domu…

Nie ominęło to także gier wideo. Trudno powiedzieć w którym momencie historii tego medium możemy mówić o modzie na nostalgię. To dość młoda branża, licząca sobie niespełna 40 lat. Z jednej strony mało, ale z drugiej wystarczająco dużo, żeby zaczęła zjadać swój własny ogon. I nie chodzi tu tylko o obecne w niektórych tytułach popkulturowe nawiązania tematyczne, takie jak easter eggs, które towarzyszą grom praktycznie od ich początków. Nostalgia bardzo szybko stała się terminem niechcianym w branży. Mówi się, że niszczy ona przemysł i sprawia, że ciągle stoimy w miejscu. Jest w tym trochę racji, a narodzin tego problemu można upatrywać w różnych miejscach.

Jak nabrać gracza?

Po pierwsze może się to wiązać ze zwyczajnym wyczerpaniem tematycznym branży. „Nie mamy pomysłu na nową grę? Zróbmy jeszcze raz starą!”. I, niestety, najczęściej nie wychodzi to dobrze. Dlaczego? Odpowiedź jest prosta: pieniądze. Z wyczerpaniem tematycznym ma na pewno do czynienia większość twórców. Wymyślenie czegoś nowego na bogatym już rynku jest nie lada wyzwaniem. Nie jest też tak, że gracze bez przerwy wymagają czegoś zupełnie nowatorskiego. Przecież lubimy to, co już poniekąd znamy. Do problemu można jednak podejść kreatywnie lub leniwie. Każdy z nich ma szansę na wygenerowanie sporego przychodu. Tym sposobem dostajemy lekko odświeżoną szatę graficzną, czasem nowe porty i inne urozmaicenia, nie wkładając w to dużego wysiłku. Produkt na pewno się sprzeda, bo przecież piętnaście lat temu grały w niego miliony.

Ta sama myśl przyświeca także tym, którzy postanawiają po latach wznowić bijącą niegdyś rekordy popularności serię. Mając obszerne zaplecze w postaci wiernych, ogarniętych nostalgią fanów, jesteśmy na drodze do sukcesu. Wyobraźmy sobie sytuację, w której każdy kolejny rozgrywany przez nas tytuł nie sprawia nam radości. Jesteśmy już znudzeni pojawiającymi się co roku nieznacznie się od siebie różniącymi wariacjami tego samego tematu (ukłony w stronę serii Call of Duty czy Assassin’s Creed). Nagle na horyzoncie pojawia się ni stąd, ni zowąd trzecia odsłona naszej ukochanej, kultowej Syberii. Oczywiście, bez większego zastanowienia zamówimy grę w przedsprzedaży, kupimy nawet edycję kolekcjonerską i… będziemy płakać przy pierwszym uruchomieniu gry. Niestety, nie będą to łzy radości.

Syberia-screen
Czy naprawdę potrzebowaliśmy trzeciej Syberii?

Podobna sytuacja spotkała kilka lat wcześniej fanów serii Duke Nukem. Na szczęście twórcy mieli dystans do swojej gry, która wraz z trwającym prawie 15 lat procesem produkcji stała się podwójcie nostalgiczna. Odzwierciedla to tytuł: Duke Nukem Forever. Gra nie zebrała zbyt przychylnych recenzji. Być może to właśnie nostalgia okazała się przysłowiowym gwoździem do trumny tej marki. Czas oczekiwania na produkcję przyczynił się do wzrostu oczekiwań, a po premierze ponownie wszyscy płakali. Oczywiście, zdania są podzielone, gdyż twórcom udało się zachować klimat poprzednich tytułów z serii. Niestety, niedopracowanie techniczne wzięło górę i gra dość szybko została zapomniana.

Dlaczego nostalgiczne gry się nie udają?

Nostalgia stała się „dobrą” strategią do sukcesu produkcji. Myśląc kategoriami ekonomicznymi, jest to najbezpieczniejsza metoda przyciągnięcia jak największej liczby graczy i tym samym sprzedania jak największej liczby egzemplarzy. Istnieją jednak dwa rodzaje nabierania graczy – negatywny i pozytywny. Źródeł pierwszego z nich możemy szukać właśnie w chęci łatwego zarobienia pieniędzy, obieraniu drogi na skróty czy wyczerpaniu pomysłów. Znacznie ciekawszy jest drugi sposób, który generuje całkiem ciekawe produkcje. Nostalgii w przemyśle gier wszyscy już się boją, ale może ona też być pozytywną siłą napędową. Przypomina nam, że dawno na rynku nie mieliśmy porządnego shootera czy erpega (nostalgia za gatunkiem). To dzięki niej dostajemy dobre produkcje niezależne, takie jak Super Meat Boy czy Braid (nostalgia za starymi grami, za czasami dzieciństwa).

super-meat-boy-screen
To była wymagająca gra, jak za starych dobrych czasów!

Połączeniem tych przykładów jest chociażby Pillars of Eternity czy ciekawa produkcja od Thing Trunk – Book of Demons. Gry te dostarczają nam masę rozrywki, są dobrze zaprojektowane i wykonane. W przeciwieństwie do rozczarowujących produkcji będących sztucznymi przedłużeniami kultowych serii, wykorzystują nostalgię graczy w pozytywny sposób. Dobrze zaprojektowana rozgrywka potrafi oddać doświadczenie starych gier, za którymi często tęsknimy. Grając, jesteśmy w stanie chociaż na chwilę powrócić do naszego dzieciństwa.

Bohaterskie przypadki

Ciekawym przypadkiem, który warto odnotować w felietonie o nostalgii jest seria Heroes of Might and Magic. Kultowa już trzecia odsłona wraz z dodatkami została w ostatnich latach poddana nostalgicznym procesom twórczym. Otrzymaliśmy „odpicowane” Heroes of Might and Magic HD, gra zyskała nową oprawę graficzną oraz konwersję na urządzenia mobilne. Twórcy nie pokusili się nawet o poprawienie błędów w tłumaczeniu pierwowzoru. W starych „hirołsach” uśmiechaliśmy się na ich widok, w nowych wygląda to po prostu źle. Lenistwo osiągnęło tu swój szczyt. Niektórzy nazywają tę odsłonę HOMM niepotrzebnym remasterem. Gdyby nie konwersja na urządzenia mobilne, to można się z tym w stu procentach zgodzić.

homm3-hd-cytadela
To już nie jest ta sama Cytadela…

Dlaczego tak bardzo nie potrzebowaliśmy tej gry? Po prostu, lubimy starą wersję − piksele, niedociągnięcia, z ktorymi spędziliśmy tyle czasu. Wersja HD nie zmieniała w żaden sposób rozgrywki, nie dodawała nowych kampanii czy scenariuszy. To właśnie ta graficzna i audialna otoczka gry była w stanie przenieść nas w czasie, wywołać nostalgię. Wersja HD tej mocy nie miała.

Co z tą nostalgią?

Nostalgia bez wątpienia jest dużą siłą w branży gier. Tytuły, które „grają” kartą nostalgii budzą w nas wiele emocji, zarówno pozytywnych i negatywnych. Nie jest to nic dziwnego, gdyż emocje te związane są z ważnymi dla nas tytułami, nad którymi spędzaliśmy wiele godzin. Wymieniając poszczególne złe i dobre przykłady wykorzystania nostalgii, nie możemy też zapomnieć o całym obszarze gier w stylu retro. Wspominane wcześniej indyki – Braid czy Super Meat Boy – w ciekawy sposób nawiązują do starych gier, do tych produkcji, w które graliśmy jako dzieci. Nie są ani wznowieniami, ani remasterami. Nie niosą ze sobą całego bagażu związanego z wymagającym fandomem, nie są ograniczone fabularnie czy mechanicznie.

Przykładem gry, która podbiła ostatnio moje serce jest Beat Cop. Wykorzystanie grafiki pikselartowej, muzyki rodem z kultowych filmów o gliniarzach czy licznych nawiązań do popkultury lat 80. okazało się bardzo dobrym rozwiązaniem. Dostaliśmy coś świeżego, ale jednocześnie w pewien sposób bardzo znajomego. W tym przypadku nostalgia nas nie zawiodła.

 

Więcej w Felieton
rozenek geralt
Jacek Rozenek – Geralt idealny

Dziś 48. urodziny świętuje Jacek Rozenek, znany polskim graczom przede wszystkim z roli Geralta z Rivii. Z tej okazji postanowiliśmy zadać...

Zamknij