Felieton Recenzja

Nintendo Switch – bierzemy pod lupę nową konsolę Wielkiego N!

O ile przez ostatnie pół roku nie żyliście w całkowitej izolacji od Internetu to pewnie słyszeliście o nowej konsoli Nintendo. Wśród medialnego hype’u wydaje się, że Switch zdobył sobie równie wielu fanów, co sceptyków. Dlatego postanowiłem na chłodno przyjrzeć się wszystkim jego zaletom i wadom.

Kilka miesięcy po premierze Switcha można śmiało powiedzieć, że Nintendo ma powody do świętowania. Konsole sprzedają się tak szybko, że w wielu miejscach stały się towarem deficytowym. Gry Nintendo przebijają się do ścisłej czołówki na listach popularności, a zewnętrzni deweloperzy garną się do nowej platformy, skuszeni obietnicą łatwego zysku. Pomimo sromotnej porażki Wii U Wielkiemu N znów udało się osiągnąć to, co jest marzeniem każdej marki: ich produkt stał się nie tylko kolejnym przedmiotem użytkowym, ale też ikoną popkultury. Wbrew temu, co obecnie próbują nam wmówić niektórzy CEO growych korporacji nie tylko osiągi sprzętowe decydują o pozycji konsoli na rynku, ale też to jak jest postrzegana przez potencjalnych nabywców. Nintendo skutecznie udało się stworzyć wokół Switcha aurę „hipsterskiej fajności”. Masz Switcha? Jesteś cool.

nintendo switch konsola joy cony
Nintendo Switch w pełnej okazałości. Wario dla skali.

Zwycięzców nikt nie rozlicza

Patrząc na historię sukcesu Switcha łatwo jednak przeoczyć momenty, w których Nintendo się potknęło albo wręcz wyłożyło szczupakiem na ziemi. Na dodatek ich znaczenie jest często bagatelizowane. Fani Nintendo, jak wszyscy, którzy padają ofiarą racjonalizacji, mają w zwyczaju przekuwać porażki w zwycięstwa przy użyciu przedziwnej odwróconej logiki. Wielu wytoczyło w ten sposób krucjatę, przeciwko jakiekolwiek krytyce skierowanej wobec ich nowej ulubionej konsoli. To nie ważne, że Switch nie ma Netflixa. Switch go nie potrzebuje. Ergo to nawet lepiej, że go nie ma! „Słodkie cytryny” i „kwaśne winogrona” – słowem, nic nowego w branży gier wideo.

Łączony kontroler nie ładuje joy-conów i koszmarnie leży w dłoniach. Po co w ogóle zaprzątać sobie nim głowę skoro rozłączone joy-cony pozwalają na najbardziej wygodny sposób grania jaki kiedykolwiek powstał?

Wszystko to pokazuje, że pozycja Nintendo zbudowana została na pewnym paradoksie. Jego naturę chyba najlepiej oddaje popularne w memach i tweetach określenie „NintenDOH” (złożenie słów: Nintendo i „D’oh”, słynnego tekstu głowy rodziny Simpsonów). Podobnie jak Homer Simpson, Nintendo potrafi zaskoczyć całkowicie nieprzemyślaną, slapstickowo śmieszną albo wręcz żenującą decyzją, jednak ostatecznie daje się lubić. Co więcej, zdaje się wiedzieć co tak naprawdę jest najważniejsze. Dla Homera to oczywiście rodzina (albo pączki), a dla Nintendo – przyjemność z gry.

Premierowy falstart

Dostępność gier niewątpliwie jest jednym z najważniejszych czynników decydujących o sukcesie konsoli. I chyba też najbardziej polaryzującym graczy, zwłaszcza w czasach, kiedy producenci i fanboye bez ustanku licytują się, kto ma więcej „exclusive’ów” i czyje są lepsze. Trzeba przyznać, że pod tym względem premiera Switcha i pierwsze jego miesiące nie były spektakularne. Na początku pojawiła się oczywiście The Legend of Zelda: Breath of the Wild, która jest świetną grą, chociaż może nie aż tak dobrą, żeby grozić śmiercią jej krytykom (jak to miało miejsce w przypadku Jima Sterlinga). Krótko potem wydano także się nowe Mario Kart, ale poza tym wybór gier był mocno ograniczony, bo internetowy sklep świecił pustkami.

zelda breath of the wild nintendo switch
Breath of the Wild to rzeczywiście wciągająca sandboxowa przygoda. Po jej przejściu jednak pojawiało się pytanie: no dobra, ale w co teraz grać?

Wśród społeczności widać było głód nowych tytułów, co sprytnie wykorzystali niektórzy deweloperzy indie. Gry, które wcześniej sprzedały się poniżej oczekiwań na Switchu zrobiły furorę, jak chociażby Oceanhorn czy Wonder Boy. Notabene, Oceanhorn na samym Switchu uzyskał lepsze wyniki sprzedaży, niż na wszystkich innych konsolach łącznie. Dlatego kiedy widziałem komentarze, że Swticha nie opłaca się kupować, bo po prostu nie ma w co grać, musiałem im smutno przytaknąć, mimo zauroczenia tym sprzętem.

Raj dla indyków

Teraz jednak nie sądzę by nadal był to problem. Kasowy sukces pierwszych deweloperów indie na Switchu i większa otwartość Nintendo sprawiły, że biblioteka dostępnych tytułów zaczęła rozrastać się w tempie geometrycznym. Coraz więcej jest także gier od rodzimych twórców, jak Bulb Boy, BUTCHER czy Layers of Fear. Przypuszczam, że mobilny aspekt Switcha też odegrał tutaj znaczną rolę. Nieraz zdarzyło mi się widzieć na Reddicie deklaracje ludzi, że wydadzą dodatkowe pieniądze na grę, którą już mają, tylko dlatego, że na Switchu będą mogli zabrać ją ze sobą wszędzie. Sam, gdy tylko usłyszałem zapowiedzi Steamworld Dig 2, Hollow KnightDarkest Dungeon, miałem ochotę rzucić pieniędzmi w mojego Switcha.

Doom na Switcha? Czemu nie!

Załóżmy jednak, że indyki to nie wasza para kaloszy. Dla was też mam dobre wieści: o wsparcie twórców dużych tytułów AAA raczej nie trzeba się martwić. Mam też złą wiadomość: jesteście dziwni. Wiele gier indie bije na głowę właściwie każdy tytuł AAA, a samo rozgraniczenie obecnie jest raczej sztuczne (spójrzcie tylko na Hellblade: Senua’s Sacrifice). Ale wracając do tematu. Praktycznie od początku życia konsoli Bethesda zapowiadała wydanie porta Skyrima, co zrodziło chyba więcej żartobliwych docinek, niż nadziei na świetlaną przyszłość Switcha. Kiedy jednak miesiąc temu zapowiedziane zostały porty nowego DoomaWolfensteina 2: The New Collossus, wielu posiadaczy Switcha zostało dosłownie wbitych w fotele. Do tego można na Switchu pograć w nową FIFĘ, a już niedługo też i w Rocket League. Nintendo tym razem naprawdę się postarało, by wypuścić konsolę przyjazną dla każdego, a nie jedynie dla wielbicieli Mario.

doom nintendo switch
Na pierwszych screenach z Dooma widać pewne kompromisy pod kątem grafiki. Mimo wszystko port tego typu gry na Switcha jest nadal dużym osiągnięciem.

Mobilna konsola domowa

Switch to obecnie bez wątpienia najbardziej zaawansowana technologicznie przenośna konsola. Czasem można odnieść wrażenie, że nawet zbyt zaawansowana, co najlepiej obrazują astronomiczne ceny akcesoriów. Ku własnemu zaskoczeniu muszę jednak przyznać, że hybrydowy model konsoli był strzałem w dziesiątkę. Switch sprawdza się równie dobrze jako sprzęt stacjonarny, jak i „kieszonkowiec”. Tak po prawdzie jednak, musicie mieć spore kieszenie, żeby go tam zmieścić. Przejście obrazu pomiędzy telewizorem a ekranem konsoli jest bardzo płynne i jest po prostu fajną sztuczką, która chyba nigdy mi się nie znudzi. Joy-cony też są solidnie wykonane i dają radę nawet jako pojedyncze kontrolery.

Czas pracy na baterii to 3–6 godzin co zwykle jednak wystarcza. Prawdziwie hardkorowi gracze mobilni zawsze mogą wspomóc się power-bankiem albo podpiąć się do ładowarki smartfona. Pod kątem jakości wykonania jedyny wyjątek to stacja dokująca, która nie dość, że ma znacznie zawyżoną cenę (toż to przecież kawałek plastiku z wyjściem HDMI!), to jeszcze często może porysować ekran konsoli albo ją zagotować w cieplejsze dni.

Pojedyncze joy-cony jako kontrolery do couch co-opa były dla mnie chyba największym zaskoczeniem. Mimo filigranowych rozmiarów nie męczą dłoni nawet po dłuższych sesjach z Mario Kart.

Jeżeli chodzi o doniesienia o wadliwości Switcha, wygląda na to, że w większości są one niestety prawdziwe. Chociaż zważywszy na to ile konsol się już sprzedało, to ich skala jest mniejsza, niż się wydaje. Poza tym nie uważam, żeby było to poważnym argumentem przeciwko zakupowi konsoli. Taką samą, jak nie gorszą, sytuację mieliśmy już z Xboxem 360, a każdy posiadacz smartfona lub tabletu wie, że serwisowanie to obecnie chleb powszedni. Mój stary „iks” trzy razy lądował w serwisie z RROD-em. Podobnie było z moim tabletem (dwa razy) i każdym smartfonem jakiego miałem. Dzięki regulacjom UE, na Switcha, podobnie jak na każdy inny sprzęt komputerowy, dostajemy przynajmniej 2 lata gwarancji. Nintendo zapewnia też, że przez długie lata będziemy mogli skorzystać z usługi wymiany baterii. Nie ma zatem co obgryzać paznokci w obawie, że pewnego dnia konsola się zepsuje.

nintendo switch problem
Podczas pisania tego tekstu mój własny Switch postanowił umrzeć. O ironio. Na szczęście nie miałem żadnych problemów z serwisowaniem.

Software’owy koszmar

Mimo, że pod kątem sprzętu Nintendo poradziło sobie całkiem nieźle, to oprogramowanie stanowi podróż w czasie. W przeszłość, niestety. Jeżeli chcecie jakieś dobitne zobrazowanie tego, jak bardzo się cofamy, to przypomnijcie sobie jak granie po sieci wyglądało na początku tego stulecia. Żadnych zapisów w chmurze czy innych tego typu burżujskich udogodnień. Zgubiliście Switcha albo został wymieniony na nowy? Przykro mi, o tych 60 godzinach wbitych w Zeldzie możecie zapomnieć. Do tego ta koszmarna infrastruktura społecznościowa Nintendo. Jeżeli chcecie grać ze znajomymi „po bożemu”, to niestety musicie przygotować sobie końską dawkę valium. Bez frustracji się nie obejdzie. Liczba kroków, które trzeba wykonać, żeby ostatecznie połączyć się w Splatoon 2 przywodzi na myśl czasy protokołu TCP/IP. Na szczęście zawsze można też kompletnie zignorować rozwiązania proponowana przez producenta i oszczędzić sobie stresu po prostu łącząc się przez Discorda. Jeżeli jednak całkowicie chcecie sobie zrujnować dzień, to spróbujcie zagrać online w nową FIFĘ. 

Nadal brakuje również jakiejkolwiek namiastki wirtualnej konsoli, ale jak już niedawno się na Reddicie dowiedziałem: to nawet lepiej.Kiepskie rozwiązania software’owe widać też w interfejsie sklepu internetowego, który, w miarę jak się rozrasta, staje się coraz mniej czytelny. Najgorsze jest jednak to, że już niebawem Nintendo będzie za tę fantastyczną usługę pobierać sowitą opłatę, dołączając tym samym do Sony i Microsoftu. O ile w przypadku PS4 i Xbox One można próbować bawić się w adwokata diabła i argumentować, że taka subskrypcja ma sens, to w Switchu jest to kompletnie niemożliwe.

Ciekawym bonusem jest możliwość podłączenia kontrolerów retro 8Bitdo. Szkoda tylko, że nadal nie ma żadnej wirtualnej konsoli do gier ze SNESa czy NESa.

To dla kogo właściwie jest ten Switch?

Ostatecznie naprawdę trudno mi było wydać jednoznaczny werdykt w kwestii Switcha. Z jednej strony niewiele trzeba, żeby dać się porwać niemal dziecięcej ekscytacji, która pojawia się wraz z każdą kolejną zapowiedzianą grą. Nowe Mario, nowe Pokemony, nowy Metroid. Nie bez znaczenia jest fakt, że za co by się Nintendo nie wzięło, udaje im się stworzyć solidną grę, choć rzadko pozbawioną pewnych słabości czy dziwactw. Nawet Mario + Rabbids: Kingdom Battle, pomimo absolutnie kuriozalnego konceptu, okazało się solidnym taktycznym erpegiem. Z drugiej strony, katastrofalna infrastruktura sieciowa i problemy sprzętowe mogą zniechęcać. Hybrydowy model konsoli też może wielu graczom nie przypaść do gustu.

Jeżeli jednak lubicie grać czasem poza domem lub po prostu nie przed telewizorem, a do tego macie PS4, Xbox One lub gamingowego peceta, to myślę, że będziecie zachwyceni Switchem. Próżno jednak oczekiwać, że Switch będzie tą jedyną konsolą, która zaspokoi wszystkie potrzeby gracza. Realistycznie jednak patrząc na całą sprawę – takiej konsoli chyba nigdy nie będzie.

 

Więcej w Felieton, Recenzja
10 lat Wiedźmina, czyli jak wspominamy pierwszą grę

Dziś mija dokładnie dekada od premiery pierwszej części wirtualnych przygód Geralta z Rivii. W redakcyjnym gronie postanowiliśmy nieco powspominać i...

Zamknij