Recenzja

Nighthaw-X3000 – shoot’em up N94 Games

nighthaw-x 3000

Stylistyka lat 80. i klasyczne shoot ’em upy wydają się wręcz stworzone dla siebie – jak Danny DeVito i Arnold Schwarzenegger w Bliźniakach. Przykład Nighthaw-X3000 pokazuje jednak, że nawet laserowy blaster ma dwa końce i nie wszystko, co sprawdzone, jest dobrym pomysłem na grę.

Shoot ’em upy, lub po prostu shmupy, to sędziwy gatunek, którego korzenie sięgają do takich klasyków na automaty, jak Space Invaders czy Galaga. Mimo tak długiego stażu, shmupy przetrwały po dziś dzień w zasadniczo niezmienionej formie i nadal cieszą się sporą popularnością. W historii gier wideo chyba nie było takiej platformy, która nie doczekałaby się kilku własnych shooterów 2D lub chociaż portów starszych tytułów: Super Aleste na SNES-a, Einhänder i RayStorm na PSX-a, Radiant Lightgun na Segę Saturn, Ikaruga na GameCube’a czy Sine MoraJamestown na pecety oraz bardziej współczesne konsole. Można tak wymieniać bez końca. Innymi słowy, Nighthaw-X3000 miał do czego nawiązywać.

Wyeksploatowany gatunek

Z jednej strony daje to gwarancję stabilnej grupy odbiorców i oddanych „hardkorowych fanów”. Z drugiej jednak sprawia, że poprzeczka dla każdego kolejnego tytułu zawieszona jest dosyć wysoko. Twórcy, decydujący się na n-tą już iteracje arcade shootera, muszą zatem stworzyć coś, co nie tylko będzie dopracowane pod kątem mechaniki rozgrywki, ale i przedstawi kreatywne podejście do tematu. N94 Games najwyraźniej dało się złapać w tę gatunkową pułapkę. Nighthaw-X3000, ich najnowsza produkcja na pecety, mimo sporej dawki nostalgii w postaci popularnego ostatnio retro-futurystycznego klimatu, niestety okazała się tytułem nieciekawym, a czasem wręcz frustrującym.

ss_42eea7076910d9a89b94e6221369c3376c2fcf1e
Pierwsze dwa-trzy poziomy naprawdę sprawdzą waszą cierpliwość. Niestety nie ze względu na stromą krzywą uczenia się, ale słaby design.

Niedopracowana mechanika rozgrywki to gwoźdź do trumny każdego shootera, a zwłaszcza szaleńczo dynamicznego danmaku, albo bardziej po naszemu, bullet hellu. Tego typu strzelanki z założenia mają sponiewierać gracza i sprawdzić jego nerwy, co dla zdeterminowanych fanów gatunku zwykle nie jest przeszkodą. Frustracja zaczyna pojawiać się dopiero wtedy, kiedy kolejna porażka z rzędu spowodowana jest kiepskim designem lub mało responsywnym sterowaniem. W Nighthaw-X3000 tego typu problemy zaczynają się piętrzyć już od samego początku. Chociaż twórcy gry reklamują ją jako „arcade’owego shootera w najczystszej postaci,” to pierwsze poziomy wydają się całkowitą antytezą dobrej wertykalnej strzelanki 2D.

Z laserową motyką na słońce

Tytułowy statek zaczyna ze słabym i mało zróżnicowanym arsenałem, ograniczonym do pojedynczego blastera o wąskim polu rażenia oraz niespecjalnie imponującego ataku specjalnego, który raz na poziom pozwala natychmiast wyczyścić cały ekran z przeciwników. Mamy też do dyspozycji umiejętność, która, uwaga-uwaga, nieco zwiększa szybkostrzelność naszego działka, ale po jej użyciu musimy za każdym razem odczekać aż się ponownie naładuje. Najbardziej męczący jest jednak dash, czyli szybki unik w jednym z czterech kierunków. Może trudno w to uwierzyć, ale nawet tak banalna rzecz jak uniki, jest niedopracowana, głównie przez zbyt długi cooldown i mało precyzyjne sterowanie. Wielokrotnie zdarzyło mi się stracić statek tylko przez to, że unik był akurat niedostępny albo zwyczajnie nie zareagował na wciśnięcie przycisku na padzie.

Niezrozumiałe jest dla mnie, dlaczego twórcy nie zdecydowali się na natychmiastowe odnawianie dasha. Nawet gdyby był spamowalny, to nadmiernie nie ułatwiłoby to gry (bo czasem i tak nie ma dokąd uciekać – pociski wrogów są wszędzie), a mogłoby to nieco urozmaicić rozgrywkę i przekazać więcej kontroli w ręce gracza. Wszystkie te niedoróbki związane z mechaniką gry sprawiają, że jej dynamika jest mocno zaburzona: przez większość czasu Nighthaw-X3000 był dla mnie avoid ‘em upem raczej niż shoot ‘em upem.

nighthaw-x3000
Rozgrywka niekiedy jest trochę urozmaicana przez elementy otoczenia. Interakcja z nimi jest jednak dosyć mocno ograniczona i sprowadza się do „leć na lewo” albo „leć na prawo”.

Ani klasyczny, ani nowatorski

Nie można pominąć też faktu, że gra nie wprowadza niczego nowego do gatunku. Wszystko to, co ma do zaoferowania, DoDonPachi zrobiło lepiej 20 lat temu. Jakby nie dość, że N94 Games nie dodaje żadnych nowatorskich elementów do Nighthawka, to ponadto rezygnuje z tych niemal nierozerwalnie związanych z gatunkiem. Brakuje tu np. charakterystycznego dla praktycznie każdego arcade shootera systemu „kredytów” i ekranu odliczania po utracie wszystkich żyć. Kiedy nasz ostatni statek zmienia się w kupę złomu, gra po prostu bezpardonowo „wyrzuca” nas do głównego menu. Nawet złowrogi napis GAME OVER stał się tu ledwie mignięciem. Niby drobiazg, ale jednak jest to pewien zgrzyt dla fanów gatunku. Jedynym pocieszeniem, które nieco łagodzi frustracje, to fakt, że kolejną rozgrywkę możemy zacząć niemal natychmiast, bez żadnych ekranów ładowania czy przydługich wprowadzeń.

Wątpliwe ulepszenia

Sytuacja z dynamiką gry trochę poprawia się po kilku pierwszych planszach, kiedy to zdobywamy bardziej rozbudowany arsenał. Zanim jednak do nich dojdziemy, musimy najpierw uzbroić się w cierpliwość (*ba dum tss*), bo system upgrade’ów pozostawia wiele do życzenia. Po pokonaniu każdego bossa na końcu poziomu możemy wybrać jedno z dwóch dostępnych ulepszeń broni lub dodatkowe życie. Wszystko fajnie, ale jeżeli wybraliśmy tryb story mode (który de facto jest jedynym trybem dostępnym na początku gry), to żeby zmienić jedno niefortunnie wybrane ulepszenie musimy zacząć grę zupełnie od nowa. Nie ma żadnego ekranu ekwipunku przed misją czy, o zgrozo, możliwości zmiany broni w trakcie misji.

Podczas swojego pierwszego podejścia do kampanii po pierwszym bossie wybrałem „trójstrzał” jako ulepszenie statku, później jednak postanowiłem zamienić je na szybszego i całkiem pokaźnie wyglądającego miniguna. Kiedy połapałem się, że nie jest on wcale tak dobry jak można by się spodziewać, w zasadzie nie miałem innego wyboru jak męczyć się z nim dalej, aż gra zaoferuje mi coś lepszego albo po prostu zacząć od nowa. Na marginesie wypada również dodać, że konieczność wybierania pomiędzy nową bronią a dodatkowym życiem jest także swego rodzaju kuriozum. Na całe przejście gry mamy raptem trzy życia, więc system ulepszeń stawia nam ultimatum: albo grasz idealnie, albo zapominasz o fajnych pukawkach.

nighthaw-x3000
Większość bossów to tak czy inna wersja „wielkiego złego statku.” Ziew.

Gdzie jest Wally?

Nighhaw-X3000 cierpi też na liczne mniej lub bardziej uciążliwe bolączki związane z widocznością, czego najlepszym przykładem jest mikroskopijny interfejs. Wszystkie kontrolki informujące kiedy dana umiejętność jest gotowa do użycia (np. ten nieszczęsny dash) są małe i rozmieszczone na dole ekranu, gdzie w zasadzie prawie nigdy nie kieruje się wzrok gracza. Większość potencjalnych zagrożeń pojawia się od góry ekranu, wiec konieczność zerkania na sam dół to niepotrzebne utrudnienie. W grze jest niby lektor, który podpowiada, kiedy umiejętność statku jest dostępna, jednak milczy w kwestii dasha.

W dodatku z powodu mocno ograniczonej palety kolorystycznej pociski niektórych przeciwników są słabo widoczne lub wręcz zlewają się z tłem. Ów atak specjalny, pozwalająca na opanowanie zbyt gorącej dla nas sytuacji, również rodzi problemy, ponieważ na moment przysłania praktycznie cały ekran. Nawet podczas walk z bossami, które ogólnie są jednak o wiele czytelniejsze, można się natknąć na tego typu wizualne wpadki. Niektórzy bossowie nie mają bowiem jasno oznaczonych słabych punktów, a co więcej brakuje animacji, które wskazywałyby, że strzelamy we właściwe miejsce.

A skoro jesteśmy już w temacie bossów – tutaj N94 Games stawia gatunkowe standardy na głowie. Ci „najtrudniejsi” wrogowie zamiast stanowić wyzwanie są często o wiele zbyt prości, przewidywalni i wtórni. Może poza ostatnim statkiem-matką, który za cel obrał sobie najwyraźniej testowanie cierpliwości gracza. Absolutne apogeum złego wizualnego designu gra osiąga na ostatnim poziomie, dokładając nam natarczywie migające tło do wszystkiego, o czym wspomniałem wcześniej. Kiedy w końcu udało mi się zmordować ostatniego bossa, miałem oczy tak zmęczone, jakbym przez tę godzinę, którą spędziłem na grze, cały czas szukał Wally’ego. I to po srogiej dawce LSD. Musze przyznać, że cała ta przygoda z Nighthawkiem nauczyła mnie jednego: już nigdy więcej nie będę lekceważył ostrzeżeń o epilepsji fotogennej.

nighthaw-x3000
Przez bardzo ograniczoną paletę kolorystyczną i ogólny chaos, jaki panuje na ekranie, czasem trudno zlokalizować nawet własny statek. Mam wrażenie, że twórcy w tej kwestii pomylili trudność gry z jej uciążliwością.

Neonowa pustynia kreatywności

W kwestii klimatu Nightaw-X3000 po raz kolejny pokazuje zmarnowany potencjał. Chociaż twórcy mogli czerpać pełnymi garściami z kultury lat 80., to tak naprawdę poza synthwave’owym soundtrackiem (który notabene jest chyba najmocniejszą stroną całej gry) i kolorystyką z Miami Vice w grze nie ma żadnych elementów bezpośrednio związanych ze stylistyką retro-futurystytczną. Pod tym względem N94 Games powinno brać przykład z Far Cry: Blood Dragon, rodzimego SUPERHOT czy chociażby Galak-Z. Szczególnie kłuje w oczy mało natchniony design przeciwników. Większość z nich to po prostu generyczne statki kosmiczne, niekiedy łudząco przypominające ten, którym lata nasz protagonista. Swoją drogą tytułowy Nighthaw-X3000 w niczym nie przypomina tego epickiego myśliwca z grafik koncepcyjnch i wygląda raczej jak nieco podpicowany statek z Asteroids.

Jeśli chodzi o humor w grze, to mam wrażenie, że James Pilecki, którego brawurowymi poczynaniami sterujemy, próbuje wstrzelić się w coś pomiędzy machismo Duke’a Nukema a obcesowością Graysona Hunta z Bulletstorma. Skutki tego naśladownictwa są raczej mieszane i niespecjalnie zabawne, ale w końcu fabuła to raczej kwestia drugorzędna w shmupach. Niemniej na pewno nie zaszkodziłoby, gdyby Nighthaw-X3000 błysnął czasem nieco bardziej wyszukanym żartem lub celnym nawiązaniem do popkultury.

Werdykt

Ostatecznie trudno mi polecić Nighhawka, chociaż naprawdę chciałem go polubić. W teorii N94 Games połączyło wiele rzeczy bliskich mojemu sercu: pikselową grafikę, shmupa i stylistykę retro. Niestety liczne problemy z mechaniką i niezbyt przemyślane rozwiązania gameplayowe skutecznie uniemożliwiały mi czerpanie przyjemności z gry. Często zamiast typowego dla innych wymagających shmupów poczucia zwycięstwa miałem jedynie uczucie ulgi, że jakoś udało mi się przebić przez kolejny poziom. Do tego cały tryb story zajął mi mniej niż trzy godziny, mimo że przez kiepski system ulepszeń musiałem parę razy zaczynać grę od nowa.

Na plus zaliczyć można Nighthawkowi tryb score attack i kanapowy co-op, które zdecydowanie wprowadzają trochę więcej zróżnicowania do gry. Nie zmienia to faktu, że na Steamie jest obecnie wiele innych shumpów, które bardziej warte są tych dziesięciu euraczy. Jeżeli jednak ograliście już wszystko, a nadal chcecie sprawdzić się w kolejnej strzelance 2D – Nighthaw-X3000 to tytuł, który być może zaspokoi wasz głód wyzwania. Zwłaszcza jeśli twórcy do serca wezmą sobie krytyczne uwagi i w najbliższej przyszłości wprowadzą jakieś sensowne zmiany. Grę możecie znaleźć na Steamie tutaj.

Więcej w Recenzja
Beat Cop rusza na ulice!

Policjanci z Miami, Gliniarz z Beverly Hills, Akademia policyjna... Wielu z nas uśmiecha się na samo wspomnienie tych tytułów. Właśnie...

Zamknij