Publicystyka

Łowca na miarę naszych możliwości

Ekranizacje gier wideo z reguły nie kojarzą się najlepiej ani graczom, ani miłośnikom kina. Przykładem takiego filmu, po obejrzeniu którego nic już nie będzie takie samo, jest Łowca. Ostatnie starcie.

Polskie kino niezwykle rzadko sięga po tematykę multimedialnej rozrywki. Bardziej cierpliwym widzom kojarzyć się może film Wirus Jana Kidawy-Błońskiego czy familijny serial WOW w reżyserii Jerzego Łukaszewicza i Ryszarda Zatorskiego. Dwaj ostatni reżyserzy to twórcy prawdopodobnie jedynego w polskim kinie filmu, w którym tematyka gier została tak wyraźnie poruszona. Mowa oczywiście o Łowcy. Ostatnim starciu, który od samego początku… wgniata widza w fotel.

Produkcja z 1993 roku reprezentuje kino familijne końca ubiegłego wieku, chociaż początek filmu wcale na to nie wskazuje. Widzimy dwóch złoczyńców: Thorna (demoniczny jak sam diabeł Tomasz Sapryk) i Gaetha (doskonale nierozgarnięty Sławomir Orzechowski), którzy spotykają się pośrodku pustkowia i toczą ze sobą dialog przyprawiający o ciarki na plecach:

– Ile masz lat?
– Jaka to różnica? A ty?
– Tyle samo.
– Skąd ty się wziąłeś?
– Ja się nie wziąłem. Zawsze byłem.
– A to tak samo jak ja!
– BO ZŁO ISTNIEJE OD POCZĄTKU ŚWIATA!

To właśnie ci dwaj jegomoście są antagonistami chłopca o imieniu Janik (w tej roli Mateusz Damięcki). Syn dużego Jana (Wojciech Malajkat) zmaga się z wieloma problemami. Jego rodzice są bogaci, ale ojciec często podróżuje, bo jest wziętym biznesmenem. Tym razem nie będzie go na urodzinach Janika, co sprawia chłopcu ból. Matka (Joanna Trzepiecińska), choć potrafi naprawić rower, ojca nie zastąpi. Przed wylotem w kolejną podróż, ojciec wręcza Janikowi Game Boya z dyskietką (czemu nie można tego nazwać po prostu kartridżem?), na której znajduje się gra Łowca z krainy wielkich mostów. Chłopiec uruchamia ją, co może budzić u widza szok, ponieważ głównymi przeciwnikami są Thorn i Gaeth, którzy na dodatek mówią z tego Game Boya do Janika. W taki oto sposób gra zaczyna mieszać się z rzeczywistością. Prawdziwi złoczyńcy nie chcą dopuścić do wylotu ojca chłopca, więc go porywają. W dodatku za wszelką cenę chcą odebrać chłopcu „dyskietkę” z grą, żeby przestał grać, ponieważ „im dłużej gra, tym staje się lepszy”.

Z czasem Janik zaczyna przeczuwać, że jego ojciec został porwany i tylko on jako Łowca może mu uratować. Pomagają mu w tym: Dzidzia, rezolutna dziewczynka, która bierze się nie wiadomo skąd oraz Guido (Jacek Wójcicki), właściciel lokalnego sklepu z grami, który wydaje się niespełna rozumu, uparcie wierząc, że Janik naprawdę jest Łowcą i poradzi sobie z groźnymi Thornem i Gaethem. W trakcie przygody chłopca zastanawia jeszcze parę rzeczy. Przede wszystkimpostawa matki, która w żaden szczególny sposób nie reaguje na wybryki syna, między innymi jazdę wielkim mercedesem ojca. Małolat śmiga samochodem po warszawskich ulicach, a kobieta nie robi nic. Nawet gdy wspólnie uciekają, Janikowi nie dostaje się żadna kara. Ot, bezstresowe wychowanie. Tym samym widać, że chłopiec żyje w wirtualnej rzeczywistości, którą poza nim dostrzega tylko Guido. Ten również budzi podejrzenia. Zdziecinniały informatyczny geniusz, który nie szanuje swojej pracownicy, a prywatnie dziewczyny, Pauli (Agnieszka Rosińska). Kiedy Sapryk i Orzechowski podkładają bombę w jego sklepie, mężczyzna wraz z Janikiem usiłuje ratować motorynkę, a nie kobietę, która została w środku. To chyba najlepiej odzwierciedla stosunek, jaki Guido ma do Pauli. Na szczęście, jak to w kinie familijnym, dziewczynie nic się ostatecznie nie dzieje, jest tylko cała umorusana sadzą. Swoją drogą, jak to świadczy o naszych złoczyńcach? Nie potrafili skonstruować zwykłej bomby?

Oczywiście w końcu musi dojść do tytułowego, ostatniego starcia. Mateusz Damięcki znajduje łuk na plastikowe strzały, latarkę, kask, pistolet na wodę i sos pomidorowy (ketchup po prostu), którym ładuje plastikową broń. Do tego ma kij bejsbolowy, z którym związana jest jedna z najdziwniejszych zagrywek scenarzystów. Otóż matka, martwiąc się o Janika, zabiera go do psycholog (Jolanta Fraszyńska). Ta, widząc chłopca w bojowym rynsztunku, daje mu jeszcze kij bejsbolowy, żeby poradził sobie z Thornem i Gaethem. Nie wierzyła wcale w porwanie dużego Jana, jednak poradziła Janikowi, żeby rozprawił się ze złem. Tak wyrozumiałej psycholog ze świecą w polskiej kinematografii szukać.

Uzbrojony Janik oczywiście rozprawia się z porywaczami ojca, po czym okazuje się, że wszystko było tylko iluzją. Wirtualni złoczyńcy znikają, duży Jan wraca z zagranicznej podróży, a Janik wie, że uratował świat i własną rodzinę. Ta opowieść, choć nieco banalna, wbrew pozorom okazała się bardzo popularna wśród młodych odbiorców. I choć dziś po latach jedynie bawi, a nawet śmieszy, to warto ją zapamiętać. Nie tylko z powodu chaotycznej i niespójnej fabuły, ale też dlatego, że pojawia się w nim plejada znanych aktorów (jest nawet Pan Yapa!). Poza tym w rolę policjanta wciela się tam Jarosław Boberek – niekwestionowany król polskiego dubbingu i zasłużona persona rodzimego growego voice actingu. Co ciekawe, film przysłużył się promocji gier w Polsce. Okazał się na tyle popularny, że rok później, w 1994, firma IPS Computer Group wydała na Amigę grę Łowca. Ostatnie starcie. To pierwsza polska gra będąca jednocześnie adaptacją filmu. O dziwo okazała się dość spójną oraz wierną wizją obrazu Łukaszewicza i Zatorskiego. Niestety, okazała się dość krótka, choć z perspektywy czasu i późniejszego zalewu egranizacji (z Harrym Potterem i Władcą Pierścieni na czele) na polskim rynku trzeba ją uznać za rzecz wyjątkową.

Więcej w Publicystyka
Wiedźmin 3
O klimatyczności i immersyjności, czyli gdzie popełniliśmy błąd?

Pogrywając ostatnimi czasy w jedną z najnowszych polskich produkcji, Wiedźmina 3, muszę przyznać, że po raz pierwszy od czasu Skyrima...

Zamknij